Operacja na ego u pewnego mistyka

Operacja na ego u pewnego mistyka

Data dodania: 2011-02-26 18:44:16, Dodane przez: Zoreal

Określenie „mistyk” przylgnęło do Drew od dnia, w którym się poznaliśmy. Było to wiele lat temu na pewnym kursie medytacji, gdzie Drew wyraźnie wyróżniał się z otoczenia. Chodził ubrany w białe indyjskie dhoti i sandały i miał na szyi więcej paciorków niż kiedykolwiek widziałem u joginów w Himalajach. Gdy odbywały się prezentacje pod gołym niebem i wszyscy gromadzili się na krzesłach przed sceną, on siadał w pozycji lotosu w cieniu drzew na pobliskim wzgórzu. Nigdy nie spotkałem człowieka, który tak mocno stałby na gruncie „tamt ego świata”, a j ego mowa była potokiem opowieści o niezwykłych przeżyciach astralnych i anielskich nawiedzeniach. Gdy ostatnio słyszałem o Drew, był on w Nepalu, gdzie przyjął śluby jakiegoś zakonu zagubion ego wśród gór. Pod pewnymi względami zazdrościłem mu życia, które wybrał.

 

Aż tu nagle pewn ego dnia zadzwonił i spytał, czy możemy się spotkać. Przyszedł bez koralików, sandałów i dhoti, ubrany w sportową koszulkę i drelichowe spodnie. Zaczęliśmy rozmawiać i szybko dowiedziałem się, że, inaczej niż przed dziesięciu laty, Drew już nie chodzi do mediów i jasnowidzów, a zjawiska paranormalne są mu w gruncie rzeczy obojętne.

 

- Nie odciąłem się od t ego wszystki ego – powiedział Drew. – Zdarzyło  się coś głębszego. I opowiedział mi o pewnym przełomowym przeżyciu, tak potężnym, że odmieniło j ego życie.

 

- Ty mnie tak dobrze nie znasz, ale ja zawsze byłem ambitny, wręcz chorobliwie, powiedzieliby niektórzy.  Walczyłem by dostać się do najlepszej szkoły przygotowującej do studiów, do najlepsz ego college’u, do najlepsz ego bractwa studenckiego.  Nie pamiętam już skąd się wzięła u mnie fascynacja mistycyzmem i oświeceniem – może przez którąś dawną dziewczynę, a może przez odlot na LSD – ale, gdy raz połknąłem bakcyla, nie miałem zamiaru się wycofać, dopóki nie stanę się kimś o magicznych właściwościach – czarownikiem, wojownikiem, jasnowidzem, medium czy wręcz prorokiem, jak dobrze pójdzie.

 

Teraz widzę, że wszystko to było wybujałe ego, ale w tamtym czasie miewałem fantastyczne wprost przeżycia – światła, błogość, anielskie głosy – i ani razu nie przyszło mi do głowy, że tak naprawdę doświadczam wyłącznie tego, co sam oczekuję. Mistycyzm był dla mnie jednym wielkim, wspaniałym spektaklem, ze mną w roli głównej. To było dziesięć lat niezwykłych wizji. Aż pewn ego dnia w Vermont, gdy wspinałem się na idealnie zielone wzgórze, nagle wszystko to runęło.

 

To było tak, jakby mnie wsysało do jakiegoś zlewu. W głowie zaczęło mi wirować i musiałem usiąść. Nie potrafię powiedzieć, czy zapadałem się w głąb jakiejś dziury, czy też ziemia usuwała się spode mnie. To było coś straszliwego. Ogarnęła mnie trwoga, że gdy się obrócę, zobaczę jak w niebie otwiera się wir, który wsysa cały świat. Zamknąłem oczy i leżałem, modląc się tylko o to, żeby to się już skończyło.

 

Trwało to z godzinę. Chyba na pewien czas straciłem przytomność – nie miałem przy sobie zegarka – ponieważ nawet kiedy już wydawało mi się, że wracam do rzeczywistości, w głowie mi huczało. Podniosłem się, wciąż ogromnie roztrzęsiony, i chwiejnym krokiem wróciłem do chaty, w której mieszkałem; zawroty głowy nie ustępowały do końca przez dobrych parę dni i wciąż czułem się jakbym stracił orientację. Co na to powiesz? – zwrócił się do mnie.

 

Słuchałem opowiadania Drew bez słowa komentarza. – No cóż – odezwałem się – gdyby przyszedł do mnie pacjent o opowiedział o takim przeżyciu, chyba powstrzymałbym się od wydawania sądów, do czasu aż zrobilibyśmy tomografię mózgu i sporządzili profil psychiatryczny.

 

- Bingo! Tak właśnie sobie pomyślałem: albo umieram na guza mózgu, albo przeżyłem atak psychozy. Pognałem do wiejskiej biblioteki  i jak szalony zacząłem wertować stare książki medyczne. Chodzi o to, że nie miałem podwójn ego widzenia ani nie doświadczyłem ostr ego zawrotu głowy. Nie miałem bezładnych myśli ani ich gonitwy. Tak więc kliniczne opisy nie pasowały do tamt ego epizodu. Objawy stopniowo ustąpiły, ale nie bez śladu. Byłem bowiem jakiś inny. To było tak, jakby ktoś wyciągnął zatyczkę i wylał coś ze mnie – co takiego? Powiedzmy, płyn do akumulatora. Nie został we mnie żaden ładunek; żadnej ambicji, ciekawości, dążenia, inicjatywy. Zostałem bez żadn ego celu i kierunku, a moje przeżycia mistyczne zupełnie znikły. Jeśli zamykałem oczy, żeby pomedytować, nie pojawiało się żadne światło; nie rozszerzałem się poza  swoje ciało ani nie widziałem aniołów. Przez kilka dni odczuwałem straszliwy niepokój, jakby miały mnie zaraz dopaść demony, ale to także się nie wydarzyło.  Skoro więc nie były to nowotwory, szaleństwo ani kara boska, co to było? Wciąż czekałem na odpowiedź.

 

- I doczekałeś się? – spytałem.

 

- Tak, ale nie przyszła ona tak, jak się spodziewałem. Odpowiedź była całym procesem, który zacząłem nazywać „operacją wycięcia ego”. Tamten dramatyczny moment na górze przeżyłem tak, jakby jakiś niewidzialny chirurg otworzył mi klatkę piersiową, a raz rozcięty już nie mogłem się na nowo zamknąć. W całej mojej pogonie za niekończącym się „hajem”, a tak dawniej pojmowałem życie duchowe, nigdy nie wpadłem na to, że duch jest wyrzeźbiony właśnie z tych rzeczy, z którymi człowiek nie chce się zmierzyć. Tak, jak większość ludzi, chciałem nie czuć się smutny, niespokojny, bezsilny, niegodny miłości i wrogo nastawiony do ludzi. Chciałem zdobyć TO, wielką duchową nagrodę. A teraz wracał do mnie każdy okruch smutku, złości, niepokoju i tak dalej, które, jak mi się wydawało, dawno już zostawiłem za sobą.

 

- To musiał być trudny czas – wtrąciłem.

 

- Delikatnie powiedziane. Kimkolwiek był ów chirurg, drążył głęboko, wydobywał każdy skrywany sekret, każdy mroczny pokład poczucia winy i wstydu. Bywały takie poranki, kiedy czułem, że nie ma dla mnie nic trudniejszego, niż wytrzymać z samym sobą. Ale przywykłem od tego, co się działo, kiedy sobie uświadomiłem, że chirurgiem jestem ja sam, że to ja sam operuję siebie. Gdzieś w głębi serca dałem  sobie przyzwolenie na przejście przez ciemną noc duszy.

 

Jak na ironię, zawsze sądziłem, że docieranie do Boga jest jak wspinanie się na górę, że zbliżę się do Niego, a On powie: „O! Widzę, że dałeś sobie radę!”, a potem z przyjaznym uśmiechem weźmie mnie za rękę i pociągnie do nieba. Tylko, że ten scenariusz ma jedną lukę: co z tymi wszystkimi, które zostawia się za sobą? Z pewnością nie oczekiwałem, że Bóg powie: „Weź ze sobą swój wstyd i poczucie winy”. Dla mnie uduchowienie oznaczało odrzucenie „złego” siebie jako balastu i wystrzelenie „dobrego” siebie do nieba.

 

- To by jednak znaczyło – powiedziałem – że Bóg potępia „złego” ciebie i kocha tylko „dobrego”. Taki Bóg nie mógłby być Bogiem miłości. Byłby Bogiem ego, ponieważ właśnie tak postępuje stale nasze ego – potępia tych złych i akceptuje tych dobrych.

 

- Otóż to – przytaknął Drew – Pewnie właśnie dlatego  operacja na moim ego była czymś tak trudnym do przyjęcia. Kiedy te okropne rzeczy – te widma z piwnicy, jak je nazywam – były ujawniane, musiałem je właściwie przyjąć z powrotem. Nie możesz sobie wyobrazić, jakie to wydawało się wstrętne na początku. Chodzi mi o to, że wszystkie nasze brudne sekrety wyglądają ohydnie w naszych własnych oczach, bez względu na to, jak zwyczajne wydają się one innym.

 

- Nie sądzę, żeby główną przeszkodą było okropieństwo  - rzekłem. – Są nią raczej nasze obawy związane z wybaczaniem. To, o czym mówisz, to kwestia przebaczenia sobie samemu po to, abyś mógł przyjąć z powrotem swoje ciemne energie i zmienić je w miłość. A co będzie, jak się nie uda? A jeśli zostaniesz taki brzydki, brudny, grzeszny i niegodny, jak wynika z twoich najgorszych osądów o sobie? Ta perspektywa jest  tak przerażająca, że każdy maleńki grzech i skaza urastają  do monstrualnych rozmiarów.

 

Drew skinął głową i przez chwilę siedział w milczeniu, po czym znów się odezwał.

 

- Były chwile, kiedy wydawało mi się, że nigdy przez to nie przebrnę. Jakiś głos we mnie jęczał: „Wykończysz się. Już dłużej nie wytrzymasz”. Ale ja wiedziałem, że się nie wykończę. Moje życie duchowe nauczyło mnie przynajmniej t ego jednego. Wróciłem do swojej dawnej pracy w charakterze maklera i, o ile mi wiadomo, nikt się nie zorientował co przeżywam.

 

Zauważył moje rozbawienie na wieść o tym, jaki zawód sobie wybrał.

 

- Ty lubisz literaturę, jak sobie przypominam – powiedział. – Czyż Hawthorne nie napisał gdzieś, że człowiek może chodzić po całym świecie, wyglądając zwyczajnie jak każdy, podczas gdy w j ego głowie lęgną się najbardziej niecodzienne pomysły?

 

- Tak, chyba napisał to w swoich dziennikach. Ale to może odnosić się równie dobrze do wizjonerów, jak i do chorych psychicznie.

 

- To prawda, ale chodzi mi o to, że coś, co wydaje się zwyczajne, może w środku być zupełnie szalone. A to wcale nie przychodziło mi na myśl, kiedy biegałem tu i tam, usiłując zostać wizjonerem. Idę sobie z aktówką po Milk Street i pytam sam siebie: czy drzewo to drzewo, czy drapacz chmur to drapacz chmur?  Tym, co nadaje owym rzeczom pozory „normalności”, jest fakt, że wyglądają jak odrębne, solidne obiekty, a wcale nimi nie są. Są kłębowiskami energii uformowanymi z nieskończonej zupy energetycznej, jaką jest wszechświat, tak samo jak ty i ja. Dlat ego na pewnym poziomie ty i ja jesteśmy nie tylko połączeni z tamtym drzewem i tamtym drapaczem chmur. My jesteśmy tym drzewem i drapaczem chmur. I to właśnie wie mistyk, nic więcej.

 

- Zasypałeś rozpadlinę – stwierdziłem, wzruszony i oszołomiony.

 

- Na to wygląda. Czy siedziałeś kiedyś nad rzeką, całkiem sam, i próbowałeś ją poczuć? Oczywiście, to niemożliwe. Możesz powiedzieć, że czujesz rzekę – jej przepływ, jej nieruchome głębiny, jej nieustanną zmienność – ale wszystko, co rzeczywiście czujesz, to ty sam. Jeśli zdołasz się odpowiednio zbliżyć do t ego uczucia (a do takich uczuć bardzo ciężko się zbliżyć), to okaże się, że miłe uczucie siedzenia nad rzeką pochodzi w rzeczywistości z maleńki ego punktu w twoim sercu. Ten miły punkcik jest doskonale nieruchomy; nie wychodzi ci naprzeciw, ale też nigdy cię nie opuszcza. Co się mieści w tym miłym punkciku?

 

- Wszystko – odparłem.

 

- Tak. Wszystko.

 

Obaj umilkliśmy, rozkoszując się tą chwilą duchowej bliskości, pełn ego porozumienia.

 

Wreszcie Drew powiedział:

 

- Operacja ego dobiegła końca. W pewnym momencie proces mnie wypluł. Naprawdę, nie mogę powiedzieć, że cokolwiek zrobiłem, ale jakoś tak poczułem, że mam tę próbę ognia już za sobą. I jak iż niej się wyłoniłem? Prawdziwy. To niewiarygodne, jak wielką różnicę człowiek czuje, kiedy stwierdza, że nie jest fałszywy, ponieważ dla racjonaln ego umysłu fakt, że jestem prawdziwy, jest oczywisty. To pewnik. Ale naprawdę być prawdziwym, to jest dopiero radość! To objawienie. To ekstaza.

Źródło: Deepak Chopra "Droga do miłości" - s.332-339
Tagi: mistyk, ego, operacja, deepak, chopra
Artykuły podobne do Operacja na ego u pewnego mistyka:


Troszkę o mnie
Witaj. Nazywam się Tomasz Łaska. To moje imię ziemskie, tylko jeden z moich aspektów. Od lat poszukiwałem obfitości i te oto poszukiwania doprowadziły mnie do obszernej Świadomości Życia. Poznaj mnie bardziej
Zaloguj się! Po co?
Ostatnie Artykuły
Częstotliwości pracy mózguOpis częstotliwości pracy mózgu (fal mózgowych) ze wskazaniem na stany wskazujące na przejawy rozwoju duchowego.Więcej »
O jak oczekiwaniaOczekiwania: skąd się biorą, jakie są, jak wpływają na nasze życie...Więcej »
ByćDoświadczenie pewnego współczesnego gnostyka...Więcej »
Charlie Chaplin o swoim życiuSir Charles "Charlie" Spencer Chaplin przedstawia swą mądrość zebraną zapewne ze swoich doświadczeń życiowych.Więcej »
Najwyższa IstotoModlitwa z natychmiastową realizacjąWięcej »