Przekaz o Jovicie

Przekaz o Jovicie

Data dodania: 2011-07-08 18:28:32, Dodane przez: Zoreal

Prezentuję tutaj długo oczekiwany przekaz o Jovicie: historię Wniebowstąpionej już Mistrzyni. Polecone mi zostało udostępnić jej historię szerszemu gronu aby "otulić i zainspirować ludzi do życia w Pełni Pojednania z Bogiem i ze sobą i prostocie, do zawierzenia wbrew wszystkiemu, do Miłości wyrażanej życiu, jakiekolwiek ono jest" - jak mówi.

 

Pewnego razu, gdy leżałem sobie, rozmyślając (sam już nie wiem o czym) i będąc w Obecności odezwał się Saint Germain. Bardzo zaskakująco: "czy chcesz się dowiedzieć więcej na temat osób niewidomych, jaka jest ich rola w świecie?".

Przytaknąłem; wziąłem kartkę i zacząłem pisać przekaz - oto on:

 

Słucham Was, kochani Nauczyciele Miłości
Jam Jest Saint Germain, ze mną kobieta, która nie widzi a czuje. Jedna z wielu żyjących tu na Ziemi. Zaprosiłem ją do Ciebie, aby zdała Ci relację z odbierania rzeczywistości w inny sposób i z jej misji tu na Ziemi i osób podobnych (oraz karmie, która jest swoistym przypadkiem rodzajów tych misji). Do dzieła. //Wykład może być długi, podejdź do tego radośnie i już zgromadź kolejne strony.
Nazywam się Jovita (Jowita). Jestem Ormianką, w wieku 56 lat.
Na stałe mieszkam w małej miejscowości. Od wieku 16 lat jestem niewidoma. Byłam spokojnym dzieckiem i nie pchałam się w jakieś „zaburzone” sprawy. Kiedy byłam z ojcem na budowie jedna skała w miejscu, gdzie wykopywali studnię, wpadła mi do oka. Wyprysnęło spod łopaty jednego człowieka i tak niefortunnie wpadło mi do oka, zaprószyło. Oko zaczęło boleć, zamgliło się i zaczęło bardzo szczypać. Pojawili się lekarze, którzy stwierdzili, że wdało się zakażenie, bowiem te materiały wykopane z ziemi były poskażane, jakimiś dziwnymi oparami, których nie dało się określić przed kopaniem. Informacja ta dotarła do budowniczych i przerwali tam eksplorację studni. Co się zaś tyczy mnie - byłam bez oka. Lekarze powiedzieli, że obecny w tej skale cez zakłócił funkcje spojówki oka i wdarł się do środka wypalając połączenia nerwowe. Próbowali ratować co się dało, ale ślepnięcie postępowało w dniach. Nie wiedziałam jeszcze tego wszystkiego wtedy i łudziłam się, miałam nadzieję, że mimo tego palenia i pojawiającej się ciemności a początkowo zamglonej szarości da się mój wzrok uratować. Zmiany jednak postępowały i nic z tego nie wyszło dobrego. Straciłam wzrok lewego oka. Zostało oko prawe. Zmiany chorobowe były zbyt duże a wiedza lekarzy szczątkowa odnośnie przyczyn, by zatrzymać proces drętwienia nerwów ocznych. Za późno spostrzegli się, co mogli zrobić by częściowo me widzenie uratować.
Drugie oko straciłam w wieku 45 lat, kiedy pracowałam w ogródku pieląc buraki, cukinie i ogórki. Opiekowałam się wtedy małym sąsiadem, dorabiając w ten sposób sobie, aby móc przeżyć. Nie byłam zamężna, nie miałam własnych dzieci. Mieszkałam razem z rodzicami, którzy mi pomagali, tyle ile mieli sił. Przez tą moja „niedogodność”, ślepotę jednego oka nie mogłam znaleźć nigdzie pracy, imałam się różnych prac i utrzymywałam głównie z ogródka i rent i emerytur mamy i taty. Nie potrzebowałam wiele. Całe me życie byłam skupiona na innych wartościach, ale o tym później.
Wracając do zajęć w ogródku. W pewnym momencie usłyszałam krzyk tego 5-letniego dziecka i do niego podbiegłam rzucając grabie na ziemię. Nic się nie stało. To tylko lis przestraszył małego chłopca – zobaczył go koło drogi. Wróciłam zatem do swojej czynności i idąc na to miejsce, gdzie zakończyłam, nastąpiłam na te grabie tak, że trzonek powędrował w stronę mojego zdrowego oka. Ogromny ból, krew. Oko zostało przebite. Wylew i zamroczenie. Padłam z bólu na ziemię, mój krzyk usłyszał ten chłopiec od sąsiadów i pobiegł do mojej matki. Pobiegła ona po szmatę i wodę i owinęła moją głowę jak tylko mogła, by zatamować krwotok i zawołała po doktora. Lecz robiąc to wszystko widziała stan mego oka, wiedziała już, że żadna pomoc nic tu nie da. Oko było przedarte na pół, wyklute. Tak oto, nie wnikając w dalsze szczegóły mój wzrok został zupełnie bezpowrotnie stracony. Bez reszty. W to miejsce zostało mi wstawione szklane oko i przykryte opaską. Miałam więc dwa oczy, które w różny sposób zostały pozbawione widzenia.
Nie wiedziałam, co ze sobą począć, puszczały mi nerwy, ale przyszedł taki moment, o którym potem opowiem, gdzie zrozumiałam.
Ale wróćmy najpierw do scenerii tamtych wydarzeń z mej przeszłości, kiedy straciłam widzenie w lewym oku.
Byłam wychowana w katolickiej rodzinie, może trochę zabobonnej ale zawsze mogłam tam odnaleźć szczerość i ducha dobroci, oddania sobie nawzajem w wiernej, bogatej duchowo Miłości i poświęceniu dla dzieci (miałam jeszcze brata, który odszedł z domu). Wiedliśmy żywot przeciętnej rodziny, niebogatej, takiej zwyczajnej, po części wiejskiej, skupionej na sobie ale otwartej na innych.
Mieliśmy niewielu przyjaciół ale jak już to od serca. Byliśmy za to bardzo pokojowo nastawieni do innych, stąd ludzie w okolicy nas uwielbiali. Byli gotowi zawsze pomóc, tak jak i my im ze szczerego serca pomagaliśmy.
Bardzo wierzyłam w Boga. Widziałam go w oczach tych innych ludzi, którzy starali się nam pomagać. Jak byłam mała to często pytałam taty jako to jest, że Ci ludzie są dla nas tacy dobrzy. Odpowiadał - to zasługa naszego serca. Jeśli my życzymy dobrze tym ludziom, to i oni są wobec nas tacy. Było to takie proste a mądre. Zawsze lubiłam rozważania taty nad tekstami zawartymi w Biblii, jego szczery wgląd w życie Jezusa i nim zafascynowanie. To od niego przejęłam to piękne dzieło kształtowania w sobie boskości poprzez przykład Jezusa. Od mamy nauczyłam się pokory do życia, takiej łagodności i przyjaźni. Oni, moi rodzice tak pięknie się uzupełniali i wspierali. Ojciec stanowczy i taki kochający, by wszystko wytłumaczyć, i o wszystko zadbać, dopomóc. Matka opiekująca się i delikatna w podejściu do nas. Razem nam pokazywali śmiałe granice i uczyli swoim przykładem jak się ich trzymać i jak wypełniać Przykazania Boskie. Tato nie był ideałem, nocami czasem sobie popijał. Mamie to się nie podobało, ale nie było z tego powodu jakiś frustracji. To było dosyć rzadkie. Mama za to za mało polegała na sobie. Stroniła od alkoholu ale swe bojaźnie topiła w cukierkach. Często nam dzieciom je odbierając. Ale zostawmy teraz mamę i tatę. Umieli tak żyć jak umieli. Jednak dali mi swym losem inspirację. Byłam cichym dzieckiem, zawsze łagodnym, umiałam przyglądać się światu. Zawsze gdy wychodziłam przed domek, w którym mieszkaliśmy, lubiłam spędzać wiele czasu na łączce, nieopodal, przyglądałam się przyrodzie, zachwycałam zapachem kwiatów, podmuchem wiatru. Stroniłam od miejskich „ciekawostek”, wolałam życie bliżej przyrody, z dala od zgiełku. Z dziećmi ze szkoły żyłam przyjaźnie, ale nie miałam tak naprawdę wielu przyjaciół, oni nie rozumieli mojego zafascynowania przyrodą, czmychali do swoich innych zabaw, do nieciekawych miejsc, towarzystwa wzajemnej adoracji siły czy wielkości. Zawsze mi to nie pasowało. Przywoływałam sobie wtedy słowa Jezusa, że „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należeć będzie królestwo niebieskie”. Wystrzegałam się więc alkoholu (pomagało obserwowanie taty) czy innych uciech cielesnych, jakiś prowokacji swoim wyglądem. Byłam czysta i schludna i to mi wystarczało. Lubowałam się w przyrodzie i w pomaganiu innym. Tym, którzy na mnie spoglądali i wyszydzali, że nie spędzam z nimi czasu, że się od nich oddalam i nie wchodzę w ludzkie „atrakcje” wybaczałam. Nie wciągali mnie w te gierki.
Byłam często poniżana z takiej racji, że trzymam się rodziny i że po szkole biegnę do domu zamiast spotykać się z koleżankami. Mieliśmy często rodzinnie w domu i te moje przestrzenie na skraju miasta, ta bliskość przyrody. Ale czasem zapraszałam ulubione koleżanki do siebie by razem ze mną poodczuwały przyrodę. Zawsze zachwycałam się jej pięknem, zadziwiałam jak Bóg pięknie to wszystko stworzył i udekorował, jak to wspaniale funkcjonuje, że daje nam schronienie (mieliśmy prosty, w połowie drewniany domek, ale też i nie taki malutki, dość przeciętny), daje życie i zdrowie. Ze można z tego korzystać by żyć w spokoju i radości. Cieszyć się jak to wszystko działa, jak funkcjonuje. Bóg jest Wielki, myślałam i mówiłam wtedy bliskim i przyjaciołom. Niektórzy przedziwnie kiwali głowami, nie rozumieli.
I ten Bóg, którego tak wychwalałam, z którym byłam tak zaprzyjaźniona (nie opowiadałam jak modliłam się do niego żarliwie, głównie wychwalając i dziękując swoimi słowami za wszystkie dary, któreśmy otrzymywali), spowodował mi trwałe kalectwo wzroku…
To wydarzenie w wieku 16 lat na trwałe zaburzyło moje postrzeganie świata. Ale też nie odciągnęło mnie tak naprawdę (może trochę początkowo) od Boga.
Nie wiedziałam co będzie ze mną, z moim okiem w szpitalu. Miałam nadzieję, że Bóg wysłucha mojej prośby o zachowanie wzroku. Płakałam do Niego. Mówiłam by to zachował, by mnie wysłuchał, tym bardziej, że ja nigdy wcześniej o nic nie prosiłam. Dziękowałam Mu i Go wielbiłam za życie, mamę, tatę, przyjaciół, szkołę, czas wolny, Miłość i Radość i wszystko inne. A Bóg się teraz odwrócił. Tak jak wcześniej potrafił mi odpowiadać na moje modlitwy powiewem wiatru, przyjacielską wiadomością, spotkaniem kogoś miłego. Tak teraz było cicho, nic, żadnego znaku. Poczułam się opuszczona.
Jednak stan chorobowy pogłębiał się szybciutko i po chwili było już po wzroku lewego oka. Nie zdążyłam się nim nacieszyć, naszym całym światem i zostało mi odebrane 1/2 widzenia. Czułam złość, na początku bardziej. Ale potem wpadła mi broszurka z kościoła, do którego uczęszczaliśmy i przypomnienie, że Bóg doświadcza swoje najwartościowsze Dziatki, tak jak doświadczał Hioba, Salomona czy innych.
Przypomniałam sobie wtedy te wszystkie nauki, które przekazywał mi wieczorami tato. To ich zawierzenie Bogu (które bądź co bądź w jakimś stopniu stracili  za sprawą tego mojego wypadku). Trwało to krótko, ze 3 miesiące, jak zaczęłam odzyskiwać wiarę i pierwotne siły do życia. Dawałam sobie radę z przenikającymi spojrzeniami innych z klasy i nauczycieli, które oceniały, lub były pełne żalu. W końcu przecież wcześniej stroniłam od innych, od tych zabaw i nałogów, którymi inni żyli. Byłam więc silna. Jednak potrzebowałam więcej siły. Modliłam się o to do Boga, by pomógł mi teraz w tym wszystkim sobie poradzić, skoro tak mnie doświadczył, skoro tak chciał, bym żyła. I było lepiej. Zaczęłam poznawać świat inaczej.
Te wydarzenia pokazały mi ludzi od innej strony. Wielu z nich, tych „przyjaciół” mnie odrzucało, gardziło mną lub po prostu w sposób delikatny znajdywało innych towarzyszy zabaw, spotkań, rozmów. Zostały mi dwie koleżanki, z którymi częściej się spotykałam i które na swój specyficzny sposób mnie wspierały. Potem i to wygasło i tylko od czasu do czasu spotykałam się z jedną z nich. Nie brakowało mi tego jednak, bo doznawałam w sobie nowych spojrzeń na życie.
Tak jakby ograniczenie mojego widzenia do 1/2 miało zmienić moje spojrzenie na świat i ludzi wokół.
Chłopcy nigdy mnie nie interesowali w sposób nadmiarowy. Marzyłam o takim, który by mnie pokochał i szanował, który mógłby stworzyć ze mną taki związek jak taty i mamy. Nawet lepszy, wiedziałam to wszystko. Wraz z upływem czasu jeszcze bardziej to w sobie porządkowałam. Po stracie widzenia jednego oka stałam się odludkiem jeśli chodzi o chłopców. To bolało, ale nie aż tak bardzo. Nie byłam tak nich nastawiona jak moje koleżanki. Śmiałam się z dominacji w nich takiego zauroczenia nimi, ich postawą, często głupią lecz nie wiadomo czemu imponującą im. Ja miałam inne widzenie. Nie interesowały mnie głupie żarty, wynaturzenie i nałogi. Potrafiłam nad tym wszystkim panować wierząc w Boga i idąc za Jezusem, za Jego słowami, które tak wpajał nam od małego tata (a mama mu przytakiwała i pokazywała to wielokrotnie życiem).
Wiedliśmy z rodzicami po tym wypadku życie pozornie jak przed nim, ale był duży ból w ich sercach, duże niepogodzenie. Ja natomiast zachowywałam „zimną krew” – Nie moja lecz Twoja wola niech się stanie. Skąd się to brało we mnie? Nie wiem. Może z tych czasów spędzonych z Bogiem, w naturze, z tych przemyśleń płynących ze strony taty i układanych w mojej głowie, z obserwacji życia i innych. A może z mojej głębokiej duchowej natury. Nie wiedziałam jeszcze tego na tamten moment.
I tak mijały lata za latami. Radziłam sobie z tym co miałam. Mijały czasy szkoły. Wciąż odstawiona ale radząca sobie z tym coraz lepiej, tworząca swój świat, świat wewnętrzny w sobie.
Zostałam sama. Odeszli znajomi ze szkoły. Nikomu nie chciało się za bardzo odwiedzać „jednookiej”. Tylko czasem jedna koleżanka wpadała na chwilkę, szłyśmy wtedy nad rzekę, na łączkę i rozmawiałyśmy sobie. Opowiadała o mężu i dzieciach. A ja wciąż to samo, z czasem coraz mniej, bo widziałam jak do niej to nie docierało. Ona chwaliła się swoimi osiągnięciami w życiu, a ja? - jakie było moje osiągnięcie? Nie miałam męża, nawet zainteresowania sobą. Pomagałam innym. Byłam lubiana ale patrzono na mnie troszkę z politowaniem. Czasem może z grzeczności ze mną porozmawiano w okolicy niż z prawdziwej chęci (bo ona pokrzywdzona to nie wypada inaczej).
W chwilach, gdy nie pomagałam innym (a to przy dzieciach, a to przy domu, w ogrodzie) zajmowałam się tkaniem i czytałam. Uczyłam się nowych wzorów, wymyślałam nowe. Szło mi to bardzo dobrze. Wielu znajomych brało, kupowało ode mnie potem utkane obrusy, serwety, firany na okna. W taki też sposób zarabiałam dodatkowe pieniądze. A nie potrzebowałam wiele. Z tych pieniędzy wspierałam także potem dzieci brata, których miał dwójkę. Ponieważ ja swoich, jak i męża się w życiu nie doczekałam.
Czytanie książek traktowałam dla przyjemności. Czytałam dużo, byłam chłonna wiedzy. Głównie takiej jak pomagać innym, jak zrozumieć Boga. Ludzie się zadziwiali jak byłam oczytana, skoro nie skończyłam żadnego uniwersytetów czy szkół wyższych. Byłam bardzo mądra – mówili. Często ludzie z okolicy przychodzili do mnie, by ich pokrzepić, by coś podpowiedzieć. Oferowali mi za to swoją miłość, swoją pomoc różnego rodzaju. Ale najważniejszą zapłatą dla mnie było to, że im pomagam. Często przywoływałam Jezusa do mego serca, bym mogła nauczać i koić serca innych, tak jak on to robił. Bym mogła wspierać potrzebujących. Wiodłam w sobie ciche życie, bez szumu i zapatrzenia na innych, robiłam swoje. Do tego bardzo wiele czasu spędzałam na zgłębianiu tajemnic Boga. Bardzo wiele czytałam. Coraz więcej poznawałam Boga też z innych religii, takie książki oraz pisma stopniowo do mnie także docierały. Byłam pełna wdzięczności do Boga Ojca, że zachował moje jedno oko, bym mogła to wszystko czytać i być bliżej Niego w moich rozmyślaniach, w moich modlitwach i byciu dla innych. Oddawałam wszystkie moje troski, dziękując tak jak dawniej i jeszcze wymowniej, pokorniej za wszystko, za całe życie, za cały Wszechświat.
Ludzie zadziwiali się tym wszystkim, ale z racji mojej dobroduszności wobec nich i esencji serca do nich płynącej, nie uznawali za wariatkę czy nawiedzoną a szanowali (może trochę tłumacząc sobie, że strata wzroku tak mnie ukształtowała, że to tego powód).
Nachodziły mnie oczywiście chwile bezradności, momenty smutku. Widziałam innych, jak tworzą swoje życia, zakładają rodziny (przyjaciółka, brat), jak kształcą swoje dzieci. Było mi tego w jakimś stopniu żal, ale to wszystko nadrabiałam moim poczuciem życia, służbą bliźniego (jak mnie Jezus przygotował swoim przykładem). Opieką nad dzieciaczkami innych ludzi zastępowałam potrzebę posiadania dzieci. I tak wszystkie innych dzieci traktowałam jak swoje, dając im wszystko z siebie. Przekazując niezachwianą wiarę w Boga, ucząc odnalezienie się w życiu i pokory. Dzieci to pojmowały i uwielbiały ze mną przebywać. „Wychowałam” tak wiele pobliskich dzieci.
Rolę mężczyzny w moim życiu zastępował najpierw ojciec. Potem gdy dojrzewałam i gdy widziałam jak moje dawne koleżanki z klasy zakładają rodziny - kierowałam się jeszcze bardziej ku Bogu, wierząc, że jak nie tu, to będzie miał dla mnie kogoś, tego Jednego Jedynego w Niebie, jako nagrodę za me życie, za me staranie w wypełnianiu Nauki Jego. Nie miałam więc doświadczeń seksualnych z mężczyznami i mi to bardzo nie przeszkadzało. Potrafiłam skupić się na innych celach. Odnajdywać w Bogu czystą męskość, natomiast jeśli chodzi o ciało to je doglądałam, obserwowałam siebie i je kochałam, dając mu też dotyk, podziw i byłam w Niebie, kiedy dawałam sama sobie przyjemność. Dla Miłości własnej dla samokochania. Czułam przez to kontakt z własną kobiecością, z Bogiem. Początkowo trochę niepewnie (lecz tu wspierała mnie przyroda, jej obserwacja i doznania), potem ośmielona dalszym wzbogacaniem mojego rozeznania w życiu poprzez różne książki, różne systemy wiary, religie i filozofie.
Czułam w sobie, że moje ciało zostało mi dane by się z tego cieszyć. I tak je traktowałam, oddając moją czystość Bogu.
Jadałam dość lekko. Zawsze błogosławiąc jedzenie. Czując Boga w tym, co zjadałam. Potem, wraz z upływem życia i wraz z mą wrastającą świadomością to się też zmieniało.
Kiedy miałam 53 lata, trafiłam do kościoła neokatolickiego. Tu pierwszy raz od ludzi poznałam Boga w inny sposób, tak jak w jakiś sposób sama Go już poznawałam, o Nim czytałam z innych religiach. To też pogłębiło jeszcze mocniej moje relacje z Nim i moja wiarę, że dobrze idę, że moje życie spełniłam słodko dla posługi Jemu, że przeżyłam je doniośle i spokojnie zarazem. A moja fascynacja przyrodą, odnajdywanie się w niej i wiele innych form i odczuć mego życia wewnętrznego było słuszne.
I wrócę do tego momentu w mym życiu tuż przed wydarzeniem straty widzenia całkowicie. Nauczyłam się wiele czuć. Strata wzroku jednego oka umożliwiła mi inne spoglądanie na siebie, na innych ludzi. Brałam ich bardziej poprzez serce, to się wykształcało już jak leżałam tę chwilę w szpitalu, potem się pojawiło wraz z moimi chwilami wyciszenia i kontemplacji. W tym, jak się modliłam, czy innych słuchałam, by im pomóc.
Nauczyłam się brać to, co do mnie dociera także poprzez uczucia a nie tylko to, co postrzegam moim fizycznym wzrokiem (wszakże był on ograniczony).
Sytuacja, w jakiej znalazłam się w momencie stracenia także prawego oka postawiła mnie przed jeszcze większym wyzwaniem. Moi rodzice już w podeszłym wieku byli w szoku, zdruzgotani. To była dla mnie klęska. Krewni przyjeżdżali, by im ulżyć w tragedii i by mnie zobaczyć. Nie umieli się zachować, ja to wszystko wyczuwałam. Nie byłam pełna dumy z tego co się stało. Ubolewałam nad tym faktem. Pamiętam, że ostatni obraz, który zapamiętałam przed tym wypadkiem to drzewa i oddalona od naszego domku łączka. To na nią spojrzałam wracając do ogródka i to przyczyniło się do tego, że nastąpiłam na te grabie. Próbowałam usilnie przywołać ten ostatni obraz w głowie, zobaczyć go jakby oczami. Jakby wymusić by te oczy zaczęły widzieć, ale nie mogły. Załamałam się na jakiś czas. Przestałam wychodzić z domu, nie chciałam by mnie wyprowadzano. I przechodziłam walkę wewnętrzną – jest Bóg, czy Go nie ma?
I jak to się wszystko stało? Czym zasłużyłam sobie na to?
Wiele przepłakałam nocy i dni. Płakanie tak bolało, bo te łzy leciały z oczu, które już nie miały spojrzeć na świat wokół, na tych wszystkich ludzi, na tą przyrodę. Ale gdzieś tam powracał do mnie ten obraz mój ostatni – ukochanych drzew i łączki w oddali. To miłościwy Bóg tak mi umilił ostatnie chwile mego widzenia, bym mogła zapamiętać świata piękno, to co mnie tak zawsze zachwycało, tak poruszało. Ale czemu? Czemu mi to zabrał? Nie dawało mi to spokoju.
Z czasem, po kilku miesiącach zaczęłam wychodzić częściej na dwór, przed dom. Prowadzono mnie na łączkę. Często prowadziły mnie dzieci, którymi się tak często wcześniej opiekowałam, w darze wdzięczności dla ich mamki, nauczycielki i przyjaciółki zarazem. Zaczynałam uczyć się nowej sytuacji, musiałam pogodzić się z tym, co się stało, wybaczyć Bogu, jeśli do Niego jakieś urazy żywiłam i pokochać Go na nowo. Przeprosić, że w Niego zwątpiłam, że okazałam moją małą wiarę i wpuściłam wątpliwość w Jego istnienie. I zaczęły mi napływać wspomnienia wielu świętych, o których czytałam.

Cześć Tomeczku, niech Cię Bóg błogosławi, Boska Dziecino.
Wracamy do opowiadania. Skończyłam na tym, że czytałam o świętych innych religii, świętych katolickich. Te informacje zaczęły mi przypływać uświadamiając drogę, nieraz trudną, pełną poświęceń i wyrzeczeń, czasem męczeńską, czasem zwykłą, lecz w skrytości serca i wielkiej pokorze. To mnie wzmacniało. Zobaczyłam, że inni tak potrafią wierzyć w Boga, iść za Jego Planami, nawet jeśli nie wiedzą dokąd One prowadzą.
Przeczytałam też o karmie, wiele traktatów. Choć koncepcja karmy nie była uznawana w kościele katolickim, ja bardzo głęboko czułam ją w swoim sercu. Nie dopuszczałam Boga, który byłby na tyle niemiłosierny, żeby dawał tylko jedną szansę.
W ogóle moje studia nad Bogiem wyprowadziły mnie daleko poza ramy chrześcijaństwa, powodując skondensowanie wszystkich religii i ogromny do nich szacunek. Wybierałam z nich to, co stanowiło dla mnie esencję ich wszystkich, co podpowiadało moje serce.
Ale zawsze na czele stawał Jezus, Mój Orędownik od czasów dzieciństwa. Tak głęboko zakorzeniony w moim sercu przez ojca. Rodzicom nie opowiadałam tak wiele z moich studiów nad innymi religiami wtedy, nie chciałam ich ranić, wiedząc, że są troszkę zatwardziali w swoim pojmowaniu Boga (mimo ich otwartości serca niestety tak było). Ja natomiast wypływałam dalej. Byłam tam, gdzie było moje serce. Koncepcja Boga pełnego Miłości wydawała mi się najbliższa. To nią żyłam, tym Istnieniem się stawałam w mojej codziennej posłudze innym, w moim myśleniu i modlitwach.
Potrafiłam modlić się wieczorami do zaśnięcia czasem długimi godzinami. Śpiewałam sobie pod nosem i w swoim sercu hymny i psalmy pod kątem Boga, Jezusa, Marii i Wszystkich Świętych, pod kątem Aniołów i innych Boskich Kaznodziejów i Mistrzów ze wszystkich religii. Dla mnie stanowili Oni wszyscy inspiracje i poruszenie mego serca.
Pragnę jednak zaznaczyć, że wciąż pozostawałam w moim kościele, do którego uczęszczałam co niedzielę, a czasem nawet częściej, by wielbić Boga tam, gdzie postawiono Jemu miejsce święte, lecz miałam w sobie obraz tego, że Prawdziwe Miejsce Święte do Świątynia Mego Serca. O Nią dbałam należycie.
Mimo tych wszystkich „niepowodzeń”, tej przeciętności i braku egzaltacji życia czułam w sobie Wielką Radość. Cieszyłam się każdym miejscem, w którym byłam, każdą chwilą z dziećmi, w ogrodzie, na łące, w lesie, tkając czy czytając książki. To wszystko były chwile błogosławione, które robiłam ze świadomością, że w tym wszystkim Jest Bóg. Tak jak Boga od dzieciństwa obserwowałam w przyrodzie, tak potrafiłam Go dostrzec prawie wszędzie.
Bardzo dużo zbierałam w moim sercu i ze szczerego serca innym błogosławiłam. Nawet jeśli byli nieprzychylni (co się rzadko zdarzało) lub jak z politowaniem czy odrazą spoglądali. Widziałam w nich takie same Dziecka Boże jak ja.
Wracając zatem do momentu, gdy tak pertraktowałam w sobie z Bogiem (a tak naprawdę sama ze sobą) o tym: dlaczego zabrał moje zdrowe oko także i zaczynałam przypominać sobie tych innych ludzi posłusznych Bogu, doświadczonych przez Niego, wystawianych na próby – było mi raźniej, lżej się robiło na sercu.
Pamiętam jedno wydarzenie. Jak dwójka dzieci z niedalekiego sąsiedztwa przyszła do mnie, aby wyprowadzić mnie na łąkę, by ze mną pobyć. Gdy tak szliśmy, gdy mnie tak prowadzili uważnie w moje ukochane tereny, gdzie czułam się jak w Domu, nagle jedno z tych dzieci, chłopiec powiedział do mnie, tak trochę wypalając, że ja nie potrzebuję wzroku, bo ja i bez tego jestem kochana i święta. „Pani to potrafi się nami zająć, przy pani chce nam się śpiewać i śmiać. A pani przecież nie widzi żadnego z nas a mimo tego tak bardzo pani nas kocha. Nie to co mama.” Przytuliłam go do serca łapiąc po omacku jego główkę, bardzo wzruszona tym, co powiedział. Zrozumiałam, że dobry Bóg przez tego młodzieńca odpowiedział na moje jeszcze niewygasłe do końca bolączki. To Bóg mi tak powiedział, że najważniejsze jest moje serce, że do mojego działania dla innych nie potrzebuję wzroku.
Byłam tym wzruszona do łez i wniebowzięta tym malcem, jego otwartością serca. A to zawsze się dla mnie tak bardzo liczyło.
Weszłam w stan kontemplacji tego, co się we mnie pojawiło w związku z tym, co powiedział i tak z tego wszystkiego układałam w swoim sercu jeszcze większą pokorę, jeszcze większe uwielbienie dla Boga, że nawet tak czyniąc mi, zadbał o to, bym mogła być pomocna.
Mijały tygodnie za tygodniami. Wokół mojej osoby się trochę uspokoiło. Krewni już nie przyjeżdżali, wydarzenia wokół wróciły do normy.
Moje zażenowanie stratą wzroku przechodziło w poezję dobrostanu uczuć odczuwanych w sercu. Wielbiłam Boga za to, co mam. Tym bardziej, że teraz odbierałam od innych wypracowane wcześniej działanie, poprzez ich pomoc (głównie tych dzieci, które garnęły do swojej mamki). Czułam się spełniona.
Coraz więcej bywałam w przyrodzie, ucząc się odbierać świat wokół poprzez inne zmysły niż do tej pory. Byłam w szoku. Jak intensywnie pachniały trawy, drzewa. Jak mój dotyk obwieszczał boskość różnych materiałów, kamieni, liści, kory. Wszystko czego dotykałam miało swą własną strukturę, własną odczuwalną formę. Jak było to inne niż wtedy, gdy widziałam jeszcze jednym okiem. Ten świat poszerzonych zmysłów fascynował mnie jeszcze bardziej. Już za chwilę potrafiłam wsłuchiwać się w chodzące robaczki po ziemi, w spadające owoce z pobliskiego sadu. Słuchałam i słuchałam.
W tym odczuwaniu było jeszcze coś, taki powiew jakby lekkiego wiatru, Boskiej energii życia, który wszystko przenikał – on mnie prowadził, doświadczał. Czułam go w całym ciele, to się rozwijało stopniowo, mocno przez serce. Potrafiłam odczytać intencje serca ludzi, którzy do nas przyszli w momencie, kiedy przekroczyli próg naszego domu a często znacznie wcześniej. Czułam się jak ryba w wodzie, wreszcie świat wokół był wyraźniejszy, bardziej docierał do mnie, to było takie moje. Odczuwając to wszystko w tak inny sposób, dziękowałam Bogu za to nowe doświadczenie. Wszelki smutek z powodu straty wzroku umykał, bo zyskałam coś więcej – poszerzone wszystkie zmysły i otwarte jeszcze bardziej serce.
Już nie mogąc czytać przywoływałam sobie wtedy wszystko to, co w obszernych książkach przeczytałam o filozofii Boga, życia, o świecie duchowym. Byłam teraz jego bliżej, chciałam bardziej poznać. Szłam za głosem mego serca. Nieświadoma, co może mnie czekać ale w pełni ufności Naszemu Kochanemu Stwórcy, który mnie tak obdarował.
W moich modlitwach i chwilach medytacji odbierałam Światło Boga, czułam Jego Serce, doznawałam wspaniałych uniesień, za które dziękowałam wzniośle.
I w końcu, kilka lat temu, siedząc sobie wieczorną porą na ganku naszego domu, pogrążona w medytacji nad światłem, które jest we wszystkim, co jest – zobaczyłam go – przed moim wewnętrznym wzrokiem stanął Mój Jezus. Pojawił się najpierw jako Światło, Ogromna Jasność i potem uformował się z tej Jasności. Miał lśniące ciało, biało-złotą szatę. Gorejące Serce i ten uśmiech, to Spełnienie, to Mistrzostwo Miłości w oczach i powiedział: „Jovito, wstań, poranek się zbliża. Niedługo zobaczysz Światło Boga w pełnej okazałości. Dziękuję za Twoją posługę. Przepraszam, że nie mogłem przyjść wcześniej. Bardzo Cię kocham” i zniknął. Poczułam jeszcze Jego serce, Jego energię otulającą mnie całą tak potężnie, że nie mogłam się z tego otrząsnąć przez wiele godzin, i nie chciałam.
Było to dla mnie tak zdumiewające wydarzenie. Takie Objawienie, że nie mogłam w to uwierzyć, że Mój Ukochany Bóg mnie tak obdarował.
Ale na dodatek słowa Jezusa wprawiały mnie w niemałe drżenie serca, tak tajemnicze a zarazem tak poruszające; co miały znaczyć? Wiedziałam, że muszę się tego dowiedzieć, że muszę jeszcze bardziej nad sobą pracować, nad wpuszczaniem Światła Boga do swej duszy aby się przekonać. I za każdym razem, gdy te słowa w sobie przywoływałam, on stawał jak Żywy w pamięci mego serca i rzewne łzy poruszenia, odnalezienia swego Mistrza wylewały się ze mnie niczym fontanny. Rodzicom nic nie mówiłam. Mimo ich poczciwości mogliby pomyśleć, że zwariowałam.
W cichości swego serca jeszcze więcej się modliłam, medytowałam, rozmyślałam w sobie. Zaczęły się pojawiać nowe obrazy. Już nie tak pełne i nie tak piękne jak to spotkanie z Jezusem w mojej wizji, ale takie, które mi potwierdzały, że jestem na dobrej Drodze.
Nie wiedziałam jeszcze, co z tego wszystkiego będzie ale czułam się z tym wspaniale. Choć czasami, gdy tak usilnie czekałam na wizje pięknych Istot Anielskich – one się nie pojawiały. Były natomiast wtedy, gdy otworzyłam moje serce i bez oczekiwań modliłam się żarliwie lub byłam w boskiej ciszy. Poznawałam tak różne Istoty. Niektóre z nich czasem do mnie przemawiały.
Starałam się brać Ich nauki głęboko do serca i wcielać w swoim życiu.
Byłam wniebowstąpiona tym wszystkim, co mogłam doświadczać.
Próbowałam je dopytywać o tę pierwszą, tak przejmującą wizję mojego Jezusa – ale nic nie odpowiadały, czasem może „poczekaj, bądź cierpliwa” czy „jeszcze trochę”.
Czekałam. Wierzyłam, że tak będzie. Ostatnie więc kilka lat spędzałam na wypełnianiu Woli Boskiej, na czekaniu i Świętej Modlitwie w sobie.
W międzyczasie zmarła moja matka, krótko po niej ojciec.
Nie płakałam nad ich łożem. Dziękowałam im i Bogu, że mogli żyć. Być dla mnie takim oparciem i przykładem. I wiedziałam, byłam pewna, że idą do Boga. Już bez cierpień, chorób, które na stare lata się ich trzymały.
Po ich śmierci pojawił się jeden Anioł i powiedział, że już wszystko dobrze, że mają się świetnie, że odpoczywają i że pragną mnie pozdrowić. Podziękowałam znowu Bogu.
Mama, kiedy umierała, chwyciła mnie za rękę i powiedziała: „nigdy nie spodziewałam się, że będę miała taką kochaną córkę. Bóg byłby z Ciebie dumny, córeczko. Kocham Cię”. Mam, która była w sobie bardzo zamknięta przez ostatnie lata i przeżywała stratę przeze mnie wzroku. Dopowiedziała jeszcze, że myślała, że się załamię ale się myliła, ja poradziłam sobie świetnie. Było jeszcze więcej poruszających wyznań.
Na czas jej odejścia z tego świata poczułam wiele anielskich stworzeń wokół niej. Te Istoty odprowadziły ją do Pana. A ja byłam z nią cały czas w tym, trzymając ją za rękę.
Ojciec nie wytrzymał braku bliskości mamy i odszedł kilka miesięcy później. Na pożegnanie, którego się trochę bał, zorganizował mi stałą służkę do pomocy (jedną wyrośniętą dziewczynkę, a można rzecz już młodą kobietę, która miała o mnie zadbać, gdy jego już nie będzie).
Opowiedział mi historię swego życia, to jak się cieszył z moich narodzin, jak był dumny, jak jest teraz i odszedł.
Modliłam się za niego wiele. Szybko też odnalazłam w nowej sytuacji bez tej dwójki kochanych osób obok mnie. Wiedziałam, że są w niebie u Boga Ojca.
Następne lata przeżyłam w samotności na zewnątrz (czasem odwiedzali mnie brat z żoną i dziećmi czy inni), doglądała mnie ta młoda kobieta, z którą żeśmy się jeszcze bardziej zaprzyjaźniły. Jednak wewnątrz nie byłam samotna – był ze mną Bóg.
Którejś nocy obudziłam się z krzykiem. Tak, jakbym we śnie odczuwała, że Bóg zabiera mi wszystko, moje dzieci (których nie miałam), męża, rodziców, cały majątek.
Intensywność doznań sprawiła, że się wystraszyłam. Gdy podniosłam głowę. Moje ciało ociężałe ledwo drgnęło i wtedy zobaczyłam w sobie tego Świetlistego Człowieka – stał obok mnie. Wyglądał bardzo elegancko i pachniał tak Światłem, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam. Powiedział „Już dobrze, dziecino” Jestem Saint Germain, wysłannik Boga, brat Jezusa i innych Mistrzów. Światłość, która promieniowała z Niego mówiła swoje. Przypomniałam sobie, że czytałam o nim, on jest jednym z Mistrzów. W tym momencie przeniknęły mnie Jego wibracje Miłości, takie słodkie potwierdzenie, że mam rację.
Odpowiedział, że właśnie w trakcie tego snu zakończyło się moje staranie o to, aby oddać się w pełni Bogu. Powiedział, że moja główna karma została spalona i że z jego pomocą będę mogła pójść dalej, że on mnie poprowadzi. Byłam tym oszołomiona, ciało mnie bolało. On to wszystko tłumaczył, na takie sposoby, które wydawały mi się takie proste, logiczne a jednocześnie pełne Miłości. Opowiedział mi tu wiele rzeczy, których nie jest mi tu wolno mówić. O mnie, o sobie, o Tobie. To były żmudne rozmowy, poznawanie samego siebie, swej przeszłości, swojej duszy. Powiedział, że za kilka dni powróci, by Nas na chwilkę połączyć. Dość tajemniczo. On cały był taki.
No i nastał ten dzień, wczoraj. Powiedział, że wszystko gotowe, że można zaczynać, że nie mam się o nic martwić, że będę poprzez niego mówić a Ty będziesz słyszeć. Teraz widzę, że i ja słyszeć mogę, co Ty mi masz do powiedzenia.
Poinstruował na czym mam się skupić a ja poszłam za jego podpowiedzią.
O oto mówię do Ciebie, opowiadam Ci historię mojego życia.
Chciałam Ci podziękować. Że mogłeś to wysłuchać. Jeszcze wszystkiego nie wiem, to wszystko jest takie enigmatyczne. Powiedział, że przez Ciebie historia mej służby trafi w świat. Spytałam, czy to konieczne. Powiedział, że tak. Że stanowić to będzie inspirację dla innych ludzi. Powiedział także, że są pomiędzy nami połączenia, jakaś bliskość, że właśnie Tobie przypadnie ta zaszczytna rola. Samą mnie ciekawi, jaki to wszystko ma koniec.
„Nie ma końca” – mówi.

Tagi: przekaz o Jovicie, Jovita, Jowita, przekaz, wniebowstąpiona Jovita, mistrzyni, wniebowstąpiona mistrzyni
Artykuły podobne do Przekaz o Jovicie:


Troszkę o mnie
Witaj. Nazywam się Tomasz Łaska. To moje imię ziemskie, tylko jeden z moich aspektów. Od lat poszukiwałem obfitości i te oto poszukiwania doprowadziły mnie do obszernej Świadomości Życia. Poznaj mnie bardziej
Zaloguj się! Po co?
Ostatnie Artykuły
Częstotliwości pracy mózguOpis częstotliwości pracy mózgu (fal mózgowych) ze wskazaniem na stany wskazujące na przejawy rozwoju duchowego.Więcej »
O jak oczekiwaniaOczekiwania: skąd się biorą, jakie są, jak wpływają na nasze życie...Więcej »
ByćDoświadczenie pewnego współczesnego gnostyka...Więcej »
Charlie Chaplin o swoim życiuSir Charles "Charlie" Spencer Chaplin przedstawia swą mądrość zebraną zapewne ze swoich doświadczeń życiowych.Więcej »
Najwyższa IstotoModlitwa z natychmiastową realizacjąWięcej »